W czasach zaborów Kościół miał kluczowe znaczenie dla podtrzymywania narodowej tożsamości. Jednak dążenia do odzyskania niepodległości były przez hierarchów potępiane. Wszystko zmieniło się wraz z przebiegiem I wojny światowej.
Dwukrotnie w poprzednim stuleciu Polska, wedle słów Tadeusza Kościuszki, „wybijała się na niepodległość”. Najpierw w roku 1918, później w 1989. Od niepodległości do niepodległości – tak można byłoby syntetycznie nazwać ten jakże dramatyczny okres naszych dziejów. Za chwilę przeżywać będziemy już 107. rocznicę tamtego listopada. Wtedy, w 1918 roku, przeżywaliśmy okres euforii, wielkiej wiary w to, że ta nowa Polska, odradzająca się po ponad stu latach niewoli, jest widomym aktem dziejowej sprawiedliwości.
Pierwszy klątwę rzucę
Kościół był w czasach narodowej niewoli czynnikiem o kluczowym znaczeniu dla podtrzymywania narodowej tożsamości, języka, kultury, obyczaju. Bez względu na okoliczności konsekwentnie bronił polskości. Czy jednak w każdym wymiarze tego sformułowania? Czy ta konsekwencja i jednoznaczność dotyczyła również niepodległości, rozumianej jako odbudowa suwerennego państwa? Pamiętajmy, że w tamtej epoce nie funkcjonowała zasada rozdziału Kościoła i państwa, a jeśli wprowadzano ją w życie, jak stało się to na początku XX wieku we Francji, było to postrzegane jako akt prześladowania. Jeśli państwo nie naruszało praw Kościoła, normą była lojalność wprost wynikająca z doktryny legitymizmu, czyli uznania, że władza pochodzi od Boga, poddani zaś nie mają prawa sprzeciwu wobec swych monarchów. Dlatego polskie dążenia do odzyskania suwerennego państwa były przez hierarchów postrzegane jako niebezpieczny rewolucyjny radykalizm, bo naruszały zasadę legitymizmu.
Znane są papieskie potępienia polskich aspiracji niepodległościowych, jak choćby w encyklice Grzegorza XVI Cum primum z 1832 roku Wśród patriotycznie usposobionych Polaków budziło to poczucie goryczy, której przykładem są gorzkie słowa Juliusza Słowackiego z II aktu Kordiana włożone w usta papieża: „No, mój synu, idź z Bogiem, a niechaj wasz naród wygubi w sobie ogniów jakobińskich zaród, Niech się weźmie psałterza i radeł i sochy… […] Na pobitych Polaków pierwszy klątwę rzucę”. Walka o odzyskanie suwerennej państwowości zdawała się hierarchom sprzeczną z prawem Bożym i zagrożeniem dla europejskiego pokoju, również dlatego, że papieże posiadali świecką władzę nad Państwem Kościelnym.
Ziemie polskie znajdowały się przez ponad stulecie pod władzą Austrii, Niemiec i Rosji. Każde z tych państw miało inną historię, ustrój, kulturę; różnie kształtowały się w nich kwestie wyznaniowe i status Kościoła katolickiego. Warto pamiętać, że w dwóch spośród trzech państw zaborczych – Prusach (później Niemczech) i Rosji – katolicyzm nie był religią panującą ani dominującą. Tylko w trzecim – w Austrii – miał status uprzywilejowany; cesarze nosili tytuł arcykatolickich i funkcjonowała ścisła symbioza tronu i ołtarza. Pomimo tych różnic hierarchowie Kościoła starali sięzachowywać lojalność wobec swych monarchów i nie wspierali działań ruchów niepodległościowych.
Kościół stracił wspólny język
Młode pokolenie Polaków, które u końca XIX wieku wskrzesiło romantyczną tradycję narodowowyzwoleńczą, było w większości z dala od Kościoła w jego ówczesnym kształcie. Doskonale charakteryzuje to Stanisław Grabski, najpierw działacz PPS-u, a później endecji, ten sam polityk, który później, w 1925 roku, wynegocjuje konkordat II RP ze Stolicą Apostolską. „Sprawa religii? Ta dla nas nie istniała, bośmy już wszyscy od siedemnastego roku życia przestawali wierzyć. Nie miałem w ósmej klasie bodaj jednego kolegi, który by chodził do Kościoła i przystępował do sakramentów świętych. A jeśli który to zrobił, to tak po cichu, żeby o tym koledzy nie wiedzieli i się z niego nie wyśmiewali. Nie występowałem przeciwko temu by inni wierzyli, i nie starałem się nikogo wierzącego nawracać na niewiarę. Ale nie odczuwałem dla samego siebie żadnej potrzeby wiary. I taki też był nastrój ogromnej większości ówczesnej młodzieży. Toteż dyskutując w kółkach na bardzo rozmaite tematy, zagadnień religii nigdy nie poruszaliśmy. Byliśmy powszechnie niewierzący, ale nie byliśmy wrogami religii i Kościoła” – mówił Grabski. Wśród najaktywniejszych działaczy niepodległościowych nie było zatem przekonania o tym, że Kościół może odegrać znaczniejszą rolę w walce o odrodzenie polskiej państwowości.
Niechęć i brak zrozumienia pomiędzy Kościołem i formującym się obozem liberalnej, laickiej inteligencji były w istocie obustronne. Celem tejże inteligencji był bowiem również „rząd dusz”, po który sięgała tym łatwiej, że dysponowała niewątpliwymi atutami w postaci młodości, sprawnych piór, aktywności intelektualnej. Zbywało więc jej na tym, czego brakowało pogrążonemu w intelektualnym zastoju Kościołowi. Identyczny konflikt istniał również między Kościołem a rosnącymi w siłę, nowoczesnymi podówczas, nurtami polskiej sceny politycznej: socjalistycznym i ludowym. Jego działaczom często odmawiano posług religijnych, zdarzało się to również podczas trwania wojny wobec żołnierzy Legionów Polskich, szczególnie I Brygady. Nawet środowisko rodzącej się endecji, mimo deklarowanego szacunku dla Kościoła jako instytucji narodowej i wychowawczej, przeniknięte było indyferentyzmem religijnym i chciało słuchać jego głosu jedynie wówczas, gdy mieścił się on w ramach, wyznawanego przez te kręgi, „egoizmu narodowego” i „narodowej etyki”.
Brak ożywczych prądów, zablokowanych pancerną opoką ortodoksji, niski poziom wykształcenia seminaryjnego i przerosty indywidualizmu religijnego coraz bardziej osłabiały Kościół w oczach inteligenckiej opinii. Ów anachronizm, brak siły przekonywania, brak w ogóle odpowiedniego języka komunikacji, spowodowały – po raz chyba pierwszy – gwałtowną laicyzację polskiej kultury elitarnej. Przywołajmy słowa Bohdana Cywińskiego: „Kościół tak przecie głęboko zakorzeniony w narodzie – stracił wspólny język z tą warstwą, do której w następnym pięćdziesięcioleciu należeć będzie ideowe przywództwo w społeczeństwie”. Jakże inna to rzeczywistość od tej, którą znamy z końca lat 80. XX wieku…
Polska niepodległa? To cel nieziszczalny!
Wybuch I wojny światowej, tej „wojny powszechnej o wolność ludów”, o którą modlił się w Litanii pielgrzymskiej Adam Mickiewicz, postawił Kościół polski wobec szczególnego wyzwania. Polegało ono na konieczności pogodzenia trzech wymiarów działania i trzech zobowiązań. W tytule niniejszego artykułu zostały one ujęte w słowach: „ołtarz, tron i naród”. „Ołtarz” to uniwersalny charakter Kościoła wprost wynikający z jego katolickiego, a zatem powszechnego powołania. To dziedzictwo ewangelicznej zasady: „A tu już nie ma Greka ani Żyda, obrzezania ani nieobrzezania, barbarzyńcy, Scyty, niewolnika, wolnego”. Nakazuje ona nie wiązać misji Kościoła z żadnym celem partykularnym – także narodowym czy państwowym. „Tron” oznacza nader żywotną podówczas, wspominaną powyżej, ideę legitymizmu, stojącą u podstaw instytucjonalnego sojuszu państwa i Kościoła. „Naród” nawiązuje do szczególnej i pogłębiającej się wówczas symbiozy polskości i katolicyzmu – to poczucie powinności wobec narodu, obrony jego tożsamości, kultury, języka, statusu ekonomicznego etc. Skomplikowana natura tego trójkąta powinności utrudniała biskupom, mniej zwykłym księżom, przyjęcie postawy jednoznaczności, choć przecież nie sposób większości z nich odmówić szczerego patriotyzmu.
Początkowo, po wybuchu wojny, gdy nic jeszcze nie wskazywało na to, jak potoczą się wydarzenia, Kościół we wszystkich zaborach zdawał się nadal podążać drogą lojalizmu. Przybierało to formy budzące zdziwienie, zaskoczenie, a nawet głębokie rozczarowanie wiernych. Przyjrzyjmy się kilku przykładom.
Bp Edward Likowski, świeżo powołany na wakujące od lat stolice Gniezna i Poznania, uznał za stosowne zarządzenie modłów o pomyślność oręża niemieckiego i wydał antyrosyjski list pasterski, co zostało przez społeczeństwo wielkopolskie przyjęte z nieukrywanym rozgoryczeniem. W zaborze rosyjskim zapamiętano zachowanie biskupa kieleckiego Augustyna Łosińskiego, który ze szczególną zajadłością zwalczał działania Józefa Piłsudskiego i dowodzonych przez niego formacji. Posunął się nawet do zakazywania duchownym swojej diecezji wykonywania posług religijnych wobec żołnierzy Kadrówki i Legionów Polskich. W Galicji, gdzie lojalizm wobec CK monarchii był szczególnie widoczny, arcybiskup lwowski obrządku łacińskiego Józef Bilczewski, występując w imieniu duchowieństwa galicyjskiego, pisał o „sprawiedliwej wojnie podjętej przez Austrię w obronie kultury i zasad chrześcijańskich”. Wezwał Polaków do wypełnienia obowiązku wojskowego i dowiedzenia poprzez to, że „umiemy być wdzięczni ukochanemu, sprawiedliwemu Monarsze za to, że nam pozwolił być Polakami”.
Także na Watykanie nikt nie widział sensu, aby dawać Polakom jakiekolwiek nadzieje. Roman Dmowski podczas audiencji u watykańskiego sekretarza stanu kard. Pietro Gasparriego w styczniu 1916 roku, po złożonej przez siebie deklaracji dążenia do Polski niepodległej, usłyszał wybuch śmiechu i słowa: „Polska niepodległa? Ależ to marzenie, to cel nieziszczalny!”, później zaś kategorycznie brzmiące zalecenie: „Wasza przyszłość jest z Austrią”.
„Błogosławię was… Idźcie – zwyciężajcie”
Taka lojalistyczna postawa dominowała wśród hierarchów, choć uczciwość każe dostrzec również inne, niestety raczej wyjątkowe, słowa i działania. Przykładem niech tu będzie biskup pomocniczy lwowski Władysław Bandurski, gorący admirator Piłsudskiego i Legionów. Był chyba jedynym hierarchą, którego już w początku wojny stać było na tak jednoznaczne zerwanie z legitymizmem oraz antylewicowymi uprzedzeniami. „Oby czyny bohaterskie Legionów Polskich były dla śpiących trupio… przebudzeń gromem” – pisał i nie wahał się udzielać ich żołnierzom błogosławieństwa: „Błogosławię was… Idziecie w bój… Idziecie na śmierć… Błogosławię was… Idźcie – zwyciężajcie… Wróćcie nam…”.
Jednak ów pragmatyczny lojalizm zaczął być stopniowo podmywany przez fale wojennego sztormu, co, patrząc z polskiej perspektywy, przynosiło szanse i nadzieje na zasadniczą odmianę. Im wyraźniej zmieniała się więc sytuacja na frontach wojny, tym bardziej uwidaczniała się w działaniach i słowach przedstawicieli Kościoła wola zademonstrowania, ponad niknącymi kordonami, jedności polskiego episkopatu oraz chęć zaznaczenia polskiej odrębności, nawet jeśli tymczasowo parawan lojalizmu zdawał się być jeszcze potrzebny.
Już w 1915 roku zaczynają się pojawiać dokumenty sygnowane wspólnie przez biskupów ze wszystkich zaborów. Póki co nie dotyczą kwestii politycznych, raczej społecznych i charytatywnych, ale przecież pokazują, że zaledwie po roku wojny biskupi zaczynają rozumieć, że służba narodowi powinna być ważniejsza niż lojalność wobec monarchów. Pomimo zdarzających się później niezbyt chlubnych deklaracji lojalizmu (jak choćby abp. Edmunda Dalbora po ogłoszeniu Aktu 5 listopada) wszystko zmierzało do akceptacji słuszności narodowej i państwowej suwerenności.
Również w Stolicy Apostolskiej nastąpił przełom, którego przejawem było ustanowienie 25 kwietnia 1918 roku wizytatora apostolskiego dla Polski i Litwy z siedzibą w Warszawie. Został nim dotychczasowy prefekt Biblioteki Watykańskiej Achilles Ratti, ten sam, który w 1922 roku miał zostać wybrany na papieża, przyjmując imię Piusa XI.
Niech będą nieskończone dzięki Panu
W październiku i listopadzie 1918 roku, gdy, jak to wtedy powiadano: „Polska wybuchła”, nastąpił powszechny entuzjazm, który jednak w środowiskach kościelnych był tonowany za sprawą lewicowego oblicza pierwszych rządów Niepodległej.
Udział Kościoła w przełomowych wydarzeniach jesieni 1918 roku otwiera symbolicznie list papieża Benedykta XV do arcybiskupa Aleksandra Kakowskiego, datowany na 15 października. Stanowił on dowód całkowitego i jednoznacznego zerwania z dotychczasowymi celami polityki watykańskiej wobec ziem polskich. Uznano w nim bowiem nie tylko, akceptowany już wcześniej, fakt jedności narodowej Polaków, ale po raz pierwszy tak wyraźnie pochwalono odbudowę jednolitej i suwerennej państwowości polskiej. Papież witał odradzającą się Rzeczpospolitą w słowach pełnych entuzjazmu: „Historia zapisała złotymi zgłoskami zasługi Polski wobec religii chrześcijańskiej i europejskiej cywilizacji, choć – niestety – musiała zapisać jak Europa za to niegodziwie jej się odpłaciła. […] Przemocą odebrawszy Polsce jej osobowość polityczną, usiłowała jej wydrzeć katolicką wiarę i narodowość”. „Niech będą nieskończone dzięki Panu, że wzeszła już nareszcie jutrzenka zmartwychwstania Polski! My najgorętsze składamy życzenia, aby Polska – odzyskawszy swoją pełną niezawisłość – mogła w zespole państw znaleźć przynależne jej miejsce” – pisał Benedykt XV.
Podobnie reagował w swych pierwszych listach pasterskich Episkopat Polski, choć więcej w nich odnajdziemy akcentów krytyki i przestrogi, jako że odradzające się państwo w niewielkim stopniu spełniało oczekiwania biskupów. Powojenne realia, zdominowane przez społeczny radykalizm, pozostawiły Kościół raczej na marginesie toczących się wydarzeń. On sam nie do końca rozumiał naturę zachodzących zdarzeń, próbując wskrzeszać ideę państwa wyznaniowego. Głęboki rozbrat Kościoła i środowisk inteligenckich, o którym pisałem wcześniej, pogłębiał jeszcze jego marginalizację w dniach „wybuchu niepodległości”. Jakże różne było znaczenie Kościoła w 1918 i później, w 1989 roku. Diagnoza przyczyn tej odmienności wymagałaby jednak osobnego tekstu.
Paweł Stachowiak
Przewodnik Katolicki 45/2025
___________________